Magdalena Gajda

„Wznowy” choroby otyłości wracają znienacka

„Chyba już z pół tony”. Odpowiadam z uśmiechem, gdy dziennikarze pytają mnie, ile ja właściwie w całym, swoim życiu, mówiąc pod dawnemu: schudłam, a nowocześnie: zredukowałam masę ciała. Używam dawnego i nowego nazewnictwa, bo mam takie poczucie, że żyłam-żyję w dwóch epokach: w czasach (nie tak znowu dawnych), gdy otyłość była tylko defektem ciała i w obecnych, gdy otyłość traktowana jest tak, czym w istocie jest, czyli jako choroba. Kiedy na nią zachorowałam? 

Urodziłam się w 1971r. Rozwijałam się prawidłowo. Dopiero, gdy zaczęłam stawiać pierwsze kroki rodzice zauważyli, że robię to inaczej, niż inne dzieci. Chodziłam kiwając się na boki jak kaczuszka, a gdy upadałam to do przodu. Po badaniach u ortopedy okazało się, że mam wadę o nazwie: obustronne zwichnięcie stawów biodrowych. Moje kości biodrowe były przesunięte, panewki stawów płaskie. Wadę wykryto późno. Na korektę stawów przez tzw. pieluchowanie, czyli wkładanie szerokich, tetrowych pieluch, aby ułożyć stawy w trapez – było już za późno. Inne metody: zagipsowanie moich nóżek rozłożonych do szpagatu, albo wkładanie między nóżki metalowej szyny – nie przyniosły rezultatu. Lekarze przygotowywali rodziców na to, że nigdy nie będę chodzić, że życie spędzę na wózku inwalidzkim. Wtedy, przez przypadek, rodzice poznali ortopedę dziecięcego, dr Elżbietę Kotorowicz, która leczyła tego rodzaju wady jak moja.  

I tak… usiadłam na wyciągu ortopedycznym. Przez prawie dwa lata byłam unieruchomiona na specjalnym stole ustawionym w moim dziecinnym pokoju. Stół był drewniany i pokryty materacem wypchanym morską trawą – aby zapobiec odleżynom. Blat stołu był lekko nachylony do góry. W ten sposób siedziałam w lekkim zagłębieniu między blatem a ścianą. Na ścianie była szyna, do której przymocowane były szelki. Byłam w nie cały czas ubrana, bo musiałam na tym stole siedzieć prosto. Nie mogłam też ruszać nóżkami, więc przypięto mi je za pomocą skórzanych pasków do kolejnej szyny – tym razem umocowanej na blacie stołu. I tak, przez prawie dwa lata, wyłącznie w jednej pozycji, czyli na siedząco: spałam, jadłam, bawiłam się, poznawałam świat. A pani doktor przyjeżdżała do mnie 2 razy w tygodniu i za każdym razem przesuwała moje nóżki o jakieś 1-1,5 cm. Kiedy doszliśmy do pełnego szpagatu – przesuwała nóżki w drugą stronę, do pełnego złączenia. W ten sposób panewki stawów wyrobiły się, a stawy biodrowe w nie wskoczyły. Miałam trzy lata, kiedy po raz drugi uczyłam się chodzić. 

Byłam zdrowa ortopedycznie, ale… cięższa niż inne dzieci. Zaczęłam rosnąć do góry, ale i wszerz. Lekarze mówili rodzicom najpierw, że „z tego wyrosnę”; potem, gdy byłam nastolatką, że nie można mnie odchudzać, bo to rozreguluje mój układ hormonalny; a na koniec, gdy miałam 16 lat i ważyłam ponad 90 kg, mama usłyszała od jednej z lekarek: „jak Pani mogła tak spaść swoje dziecko!”. Zaczęło się wtedy „wielkie odchudzanie Magdy”. Diety wszelkiego rodzaju, zioła, leki hamujące łaknienie, masaże odchudzające, ćwiczenia, a nawet… akupunktura, akupresura, bioenergoterapia i… hipnoza. Nie pomagało nic. Nawet jeśli schudłam, po jakimś czasie, stracone kilogramy odrabiałam z 2-3 krotną nawiązką. Brzmi znajomo, prawda…? 

Tutaj powinna być oddzielna historia. Historia moich doświadczeń jako dziecka, nastolatki, młodej kobiety z otyłością. Ale ja nie chcę do nich wracać. Nie chcę sobie przypominać wszystkich szykan, upokorzeń, przezwisk (wśród których: krowa, słonica, świnia – były najłagodniejsze) i tej najbardziej dla mnie bolesnej i traumatycznej historii, którą opowiedziałam mediom w 2013 r. ujawniając wtedy skalę i różnorodne formy dyskryminacji osób chorych na otyłość w Polsce. Historii o tym, jak o mały włos nie zostałam przez szkolnych kolegów ukamieniowana, o tym jak przez kilka tygodni leczyłam siniaki po kamieniach na moim 13-letnim ciele… Powiem tylko tak, że zawsze dawano mi odczuć, że jestem „nie dość”. Nie dość ładna, nie dość atrakcyjna, nie dość inteligentna. A byłam dla ludzi „nie dość” tylko dlatego, że nosiłam na sobie więcej tkanki tłuszczowej, niż inni. Czy to w życiu, czy w pracy musiałam dawać z siebie o wiele więcej, niż osoby szczupłe, aby udowodnić, że ta tkanka tłuszczowa w żaden sposób nie obniża mojej pracowitości, kreatywności, inteligencji, emocjonalności, ambicji i zaangażowania. Brzmi znajomo, prawda…? 

W 1995 r. koleżanka ze studiów powiedziała mi o… „operacjach, które leczą z otyłości”. Chirurgiczne leczenie otyłości – tak się mówiło o operacjach bariatrycznych 30 lat temu. Metoda była w Polsce nowa, choć nie była novum. Mało kto wie, że takie zabiegi przeprowadzano u nas już w latach 70. ub. wieku. A pierwszym szpitalem, który zaczął wykonywać operacje bariatryczne na większą skalę była klinika w Zabrzu. Operacje wykonywał tam śp. prof. dr hab. n. med. Marian Pardela. Byłam 21 pacjentką Pana Profesora. Na stół operacyjny, na zabieg o nazwie: gastroplastica metodą Masona, trafiłam w listopadzie 1995 r., z wagą… 152 kg i byłam jedną z lżejszych pacjentek. Zresztą, o mało co, abym z tego stołu już nigdy nie zeszła… Wyniki badań przedoperacyjnych doskonałe, płuca jak „miechy”, a ja przy wybudzaniu z narkozy dostałam zapaści. Umieranie to doświadczenie graniczne, ale mogę Ci powiedzieć, że nie masz się czego obawiać… To jest stan totalnej, wszechogarniającej błogości i poczucie lewitowania… Dorzucę jeszcze garść ówczesnych realiów z dopiero „raczkującej” ówczesnej chirurgii bariatrycznej: ważenie pacjenta na wadze towarowej w szpitalnej kuchni, przygotowanie do zabiegu: 3 tygodnie na samej wodzie, laparotomia – czyli pełne otwarcie jamy brzusznej od mostka do pępka, sonda dożołądkowa przez 7 dni po zabiegu (u mnie: przyszyta do nosa, bo zagroziłam, że ją sobie wyrwę), zalecenia pooperacyjne: w kolejności – woda, płyny, papki i na koniec jedzenie stałe, czyli u mnie na… Wielkanoc 1996 r. Redukcja masy ciała od października 1995 do czerwca 1996 czyli w ciągu ok. 8 miesięcy: 75 kg.  

A zatem byłam szczupła i… nieszczęśliwa. Miałam takie wyobrażenie, że gdy już będę szczupła to moje ciało stanie się jędrne i gładkie jak u modelek na okładkach magazynów, a moje problemy magicznie znikną wraz z tkanką tłuszczową. I nie było nikogo, kto by te moje wyobrażenia skorygował… Cóż więc z tego, że byłam szczupła, skoro nawet w największy upał nosiłam bluzki z długimi rękawami, długie spódnice lub spodnie, i jeszcze uciskające rajstopy, aby zamaskować zwały skóry z resztkami tkanki tłuszczowej. Brzuch miałam płaski, ale tylko dlatego, że w 1996 r. wykonano mi w klinice w Zabrzu (operator – prof. Mariusz Wyleżoł) tzw. plastykę ściany brzucha. Najgorzej było z… twarzą. Ja się po prostu nie poznawałam. Patrzyłam na siebie w lustrze i widziałam kogoś zupełnie obcego. Nie wspominając już o zapadniętych oczach i zmarszczkach. A miałam wtedy 25 lat! Wkrótce też zaczęły się gwałtownie wahania nastrojów, jak przy chorobie afektywnej dwubiegunowej: od skrajnej depresji po skrajną euforię, a to wszystko czasem w ciągu zaledwie… godziny.  Endokrynolog mnie zbadał i wyjaśnił prosto: „Pani hormony to tak się wydzielają, jakby Pani nadal ważyła te 152 kg, a nie połowę. To się unormuje. Zalecam… cierpliwość”. 

Byłam więc cierpliwa, a z czasem… coraz większa. Podczas operacji w 1995 r., przy pomocy tzw. staplerów (metalowych zacisków przypominających zszywki biurowe) wyodrębniono z mojego żołądka niewielki, bo o pojemności 80 mililitrów „woreczek”, który zapełniał się w pierwszej kolejności kiedy jadłam, a potem pokarm przechodził do dalszej części żołądka. Dla porównania: szklanka ma pojemność 250 mililitrów. Po operacji, gdy już zaczęłam jeść, to wystarczyło mi kilka łyżek zupy, abym czuła się pełna i najedzona. Z czasem… zaczęłam jeść coraz więcej. Do Zabrza przestałam jeździć… ze wstydu. Byłam przekonana, że to co się dzieje, to że znowu przybieram na wadze to moja wina; że zaprzepaściłam wszystkie efekty operacji. Z czasem więc też zaczęłam od nowa przyzwyczajać się do swojej otyłości uznając, że skoro nie mogę się jej pozbyć, to muszę ją zaakceptować. Dlatego z wielkim zrozumieniem podchodzę do osób, które po wielu, nieefektywnych próbach „odchudzania” powiedziały sobie: „dość, nie mam siły”. Ja też byłam tego bliska. Tylko że, w moje życie znowu „wmieszał się”… ortopeda. 

Albo schudniesz, albo za kilka miesięcy wymienię ci oba stawy kolanowe na sztuczne. Trzecia opcja to wózek inwalidzki”. Zagroził mi mój ortopeda w 2010 r. Ważyłam już wtedy…  136 kg. Jestem dziennikarką, także medyczną, więc wiedziałam, że sztuczny staw kolanowy nigdy nie zastąpi naturalnego. Zadziałało przeznaczenie. Na schodach szpitala, w którym wykonywano mi artoskopię stawów kolanowych spotkałam prof. Mariusza Wyleżoła i umówiłam się na konsultację. To wtedy, po wszystkich badaniach, dowiedziałam się, że ta „wznowa” to nie moja wina; że staplery przestały spełniać swoją funkcję; że zdecydowana większość pacjentów po gastroplastyce już przeszła reoperację; że Pan Profesor i mnie taką reperację zaleca. Posłuchałam. Byłam przygotowana do niej mentalnie. Wiedziałam co mnie czeka. Dietetycznie (co było wówczas nowością!) przygotowywała mnie dr. inż. Agata Gaździńska, specjalista ds. żywienia, dietetyk, psychodietetyk z Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej. We wrześniu 2010 r. przeszłam reoperację, podczas której usunięto mi staplery i wykonano tzw. gastric by-pass. A w kwietniu następnego roku błagałam Profesora, żeby on… „zatrzymał  to jakoś, bo ja już więcej nie chcę chudnąć”. Bo w kwietniu 2011 r. ważyłam już… 68 kg. Ortopeda „szalał” z radości. Ja trochę mniej… 

Nie będę czarować. Nie było łatwo przywyknąć do nowego sposobu odżywiania. Po przyjęciu pokarmu czułam bolesne skurcze jelit. Męczyły mnie też biegunki i… ślinotok. Nie mogłam wprost zahamować wypływającej z ust śliny. Ale spokojnie! To tylko ja jestem taka… nadwrażliwa i miałam taki zespół objawów. Wszystko się unormowało (także waga – na poziomie: 75 kg), gdy zaczęłam regularnie jeść. Ale to co się działo w moich emocjach! Byłam w stanie totalnej euforii. Non stop, przez kilka lat. A to, wbrew pozorom, nie jest fajne. Bo podejmuje się wtedy decyzje skrajne, niekonieczne dobre… Nie wiem czy wiesz, ale ten stan euforii, który „dopada” osoby, które szybko i w krótkim czasie (zwykle po operacji bariatrycznej) zredukowały masę ciała, jest od 2018 r. przedmiotem… oddzielnych badań naukowych…

Będą Panią ludzie słuchać. Ja Pani to mówię”. Zapewnił mnie znany polski specjalista chorób wewnętrznych, prof. dr hab. n. med. Zbigniew Gaciong. To było w lutym 2013 r., tuż po posiedzeniu senackiej Komisji Zdrowia, podczas którego, pierwszy raz w polskim Parlamencie zespół ekspertów leczenia otyłości i schorzeń będących powikłaniami otyłości prezentował raport na temat skali choroby otyłości i dostępu do jej terapii. Inicjatorem tego przedsięwzięcia był chirurg bariatra, prof. Mariusz Wyleżoł. To on zebrał ekspertów oraz poprosił, abym dołączyła do zespołu i opowiedziała o formach dyskryminacji osób chorych na otyłość w Polsce. I tym wystąpieniem oficjalnie rozpoczęłam swoje działania jako Społeczna Rzeczniczka Praw Osób Chorych na Otyłość. Funkcję tę wymyśliła zresztą… dr. Iwona Wyleżoł – żona prof. Wyleżoła. A w sierpniu 2013 r., w dodatku do „Gazety Wyborczej” – DUŻY FORMAT ukazał się reportaż pt. „Idź i jedz!” autorstwa red. Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej, w którym pierwszy raz, publicznie opowiedziałam o szykanach, których doświadczyłam jako osoba chora na otyłość. I to właśnie ten artykuł zapoczątkował w Polsce wielką, publiczną debatę na temat choroby otyłości i przeciwdziałania dyskryminacji osób chorujących na otyłość. A eksperci choroby otyłości stali się od tamtej pory jednymi z najczęściej wypowiadających się w mediach specjalistów. Ja sama podczas swojej aktywnej działalności Rzeczniczej udzieliłam ponad 200 wywiadów, komentarzy, wypowiedzi ze wspólnym motywem przewodnim: otyłość to choroba, która wymaga leczenia, a chorzy na otyłość zasługują na szacunek tak jak wszyscy inni ludzie. Wspólnie z ekspertami choroby otyłości zorganizowaliśmy też w Parlamencie RP: w październiku 2014 r. – raport „Otyłość i weightism – globalna choroba i zagrożenie społeczne” przed Parlamentarnym Zespołem ds. Przeciwdziałania Otyłości; w maju 2016 r. konferencję pt. „Profilaktyka i standardy leczenia otyłości w Polsce” w Senacie RP; w marcu 2017 debatę pt. „Epidemia otyłości – wyzwania dla Europy Środkowo-Wschodniej. Pacjenci, lekarze, system” w Senacie RP i w udziałem przedstawicieli ministerstw zdrowia z 17 krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz w grudniu 2018 r. konferencję pt. „Epidemia otyłości olbrzymiej – wyzwania dla Polski” w Senacie RP. Szczególnie intensywny był dla mnie 2016 r. kiedy walczyłam o refundację operacji bariatrycznych. To osiągnięcie uważam za najważniejsze w całej swojej działalności społecznej na rzecz osób chorych na otyłość. To m.in. za ten sukces przyznano mi, jako – jak dotąd – jedynej Polce, nagrodę Bakken Invitation Award, którą co roku otrzymuje tylko kilkunastu działaczy społecznych z całego świata. Wiele dla mnie znaczyła też możliwość współtworzenia i pracy dla Europejskiej Koalicji na rzecz Osób Żyjących z Otyłością skupiającej działaczy społecznych z całej Europy. Ale… Jeśli myślisz, że otyłość mi „odpuściła” i o mnie zapomniała to się mylisz… 

Druga „wznowa” dopadła mnie w 2017 r. Tym razem „doszłam” do 90 kg. I znowu „zadziałało” przeznaczenie. Moja mama zachorowała. Potrzebowała pomocy przy codziennych czynnościach – musiałam więc podzielić swój czas między Warszawę, w której pracowałam i działałam społecznie, a nasz dom na wsi, gdzie mieszkała mama. No i były też liczne spotkania „w terenie”, w Polsce i za granicą – spotkania z pacjentami, interwencje, debaty, konferencje itp. I co się z tym wiąże: ciągłe wyjazdy, dojazdy, „wycieczki” do sklepu oddalonego o 1 kilometr od domu, bieganie po schodach dwukondygnacyjnego domu, regularne posiłki (musiałam przygotować je dla mamy, więc i sama je jadłam) i codzienna opieka nad osobą z niepełnosprawnością fizyczną. Ani się obejrzałam, a w ciągu 1 roku zredukowałam masę i znowu ważyłam, moje ulubione 75 kg. Wtedy uznałam, że ja tę swoją otyłość potrafię już kontrolować. Odetchnęłam z ulgą, przywykłam, uznałam, że tak już będzie i… straciłam czujność. 

2020 roku wolałabym nie pamiętać. W czerwcu, podczas tzw. I fali Covid, zmarła moja mama. W sierpniu musiałam spakować wszystkie rzeczy i wyprowadzić się z naszego rodzinnego domu. Wróciłam do Warszawy, aby we wrześniu samej zachorować na Covid. Przeszłam go łagodnie: wysoka gorączka przez kilka dni, brak smaku i węchu przez 3 tygodnie. Wyszłam z Covidu i … załamałam się. W grudniu zdiagnozowano u mnie depresję. Dostałam leki. Co więcej, pojawiły się zaburzenia neurologiczne, które były późnym powikłaniem Covid. Przestałam mówić, bo… nie wiedziałam co mówić. Nie potrafiłam złożyć zdania pojedynczego. Prawie nie wychodziłam z domu, bo gubiłam się na własnej ulicy, bezwiednie wchodziłam na jezdnię pod pędzące samochody. Do tego dołączył światłowstręt i nadwrażliwość na dźwięki. Wiele tygodni spędziłam w domu, w zaciemnionym pokoju, w ciszy, koncentrując się na… malowaniu. Zaczęłam od malowania „po numerkach”, potem były mandale terapeutyczne, a na koniec… zostałam Mistrzynią Mandali w technice puentylizmu. I dzięki temu malowaniu zaczęłam też czytać i składać z powrotem zdania… Do pełnej sprawności neurologicznej już nie wróciłam. Wciąż mam kłopoty z orientacją w terenie i koncentracją…  Ale pomimo tych trudności byłam przekonana, że to najgorsze mam już za sobą…     

W 2022 r. trafiłam SOR szpitala im. Orłowskiego w Warszawie. Z wagą 48 kg, w stanie skrajnego niedożywienia organizmu (nie przyswajałam m.in. białka i żelaza) i z hemoglobiną na poziomie 4,5 (od 7 w dół – to są już wskazania do przetaczania krwi). Męczyłam się prawie od roku z takim problemem, że cokolwiek bym nie zjadła to pokarm przelatywał przeze mnie jak przez lejek… Po pół godzinie po posiłku nie zostawało z niego we mnie już nic… Po II operacji bariatrycznej byłam nauczona, że  jeżeli mój układ pokarmowy zaczyna działać niestandardowo, to najpierw muszę poszukać w swoim jadłospisie tych produktów, które mogły do tego doprowadzić i je po prostu wyłączyć. Tak też zrobiłam… Wkrótce okazało się, że właściwie to nie szkodzi mi tylko… woda. Gastroskopia wykazała, że z moim by-pasem jest wszystko w porządku. Jelita drożne, zespolenia piękne, przełyk w porządku (żadnej choroby refluksowej). Gastroenterolodzy bezradnie „rozłożyli ręce”. Chirurg bariatra, dr Artur Binda skierował mnie więc na konsultację do internisty, dr Michała Wąsowskiego, który miał na mnie obejrzeć, przebadać „bardziej holistycznie”… I po tych holistycznych badaniach okazało się, że mój organizm przestał tolerować węglowodany. Odrzucał gluten, laktozę, fruktany etc. etc. Przeszłam na protokół LOW FOODMAP (dieta z jak najmniejszą ilością węglowodanów), co kilka miesięcy miałam toczoną krew i/lub żelazo (bo nie przyswajałam żelazowych preparatów doustnych), do tego pełna suplementacja i… 4 miarki dziennie białka medycznego, po którym… byłam tak głodna, że mogłam zjeść „konia z kopytami”.

Leczenie było długie i bolesne. Do dziś wciąż borykam się z powikłaniami „wariującego” układu pokarmowego… W styczniu 2025 r. – dr Michał uznał, że jest zadowolony z moich wyników. A na konsultacji kontrolnej w maju, przywitał mnie pytaniem… kogo wysłałam zamiast mnie na morfologię, bo wyniki wyszły doskonałe… Po czym, ustawił mnie na wadze i „obwieścił”… 

No to mamy otyłość I stopnia”. Uśmiechałam się, ale w środku… zamarłam z przerażenia… „Ale jaka otyłość, skoro jeszcze nie tak dawno walczyliśmy o każdy kilogram w górę…?” I najbardziej przerażająca mnie perspektywa: „a co jeśli otyłość „nie zadowoli się” I stopniem i będzie bardziej rozwijać się…?” – No to co? To teraz odchudzamy się… – odpowiedziałam starając się, aby mój głos brzmiał lekko, chociaż lekko mi wcale nie było… Rozpatrzyliśmy wszystkie możliwości. Postanowiłam najpierw „zawrócić nawrót” sama. Ja wiem co mogło wywołać u mnie rozwój otyłości i już wdrożyłam odpowiednie działania. Jestem też świadoma, że proces „zawracania” może być długi. Dałam sobie 2 lata na to, aby wrócić do ulubionej wagi: 75 kg. Mam nadzieję, że mi się uda… Na razie osiągnęłam pierwszy level – nie przybieram dalej na wadze. To jest pierwszy sukces. Trzymaj kciuki za kolejne…  Tak jak i ja trzymam kciuki za Ciebie!