Ola Przybyła

„Tożsamość. Po drugiej stronie kontroli, czyli moja droga od walki z ciałem do
rozumienia choroby i siebie”.

Moja historia nie zaczęła się od otyłości. Zaczęła się od utraty autonomii.
Od wczesnego dzieciństwa byłam zmuszana do jedzenia. Nie chciałam, nie mogłam,
wymiotowałam, czasem do talerza w przedszkolu i mimo tego musiałam jeść dalej.
Moje ciało od początku nie należało do mnie. Najpierw byłam „za chuda”, później  „za gruba”. Dorastałam w przekonaniu, że moje ciało jest projektem do poprawy, że
trzeba je kontrolować, głodzić, karać, dyscyplinować, zasłaniać.

Kiedy byłam chuda, byłam akceptowana. To utrwaliło bardzo prosty mechanizm:
wartość = rozmiar. Byłam całe życie „w odchudzaniu” i całe życie w poczuciu porażki.
Najtrudniejsze nie było tycie tylko powroty. Ten moment, kiedy po miesiącach starań
coś pękało, kiedy pojawiał się bunt, wściekłość i ta myśl: „mam dość już nie chcę żyć wokół jedzenia”.

Funkcjonowałam w schemacie 100% wszystko albo nic. Za każdym razem, kiedy nie byłam perfekcyjna, uznawałam siebie za beznadziejną.
Nawet wtedy, kiedy waga przekracza 140 kg, moje życie nie zatrzymuje się z powodu
liczby. Mogłabym wtedy ważyć więcej i więcej, i dalej próbować kolejnej diety.
Zatrzymuje mnie coś innego. Najpierw czytam, że otyłość jest chorobą przewlekłą. Ta myśl we mnie pracuje, ale jeszcze nie zmienia decyzji. Potem mam wypadek na rowerze, padam, fizycznie i metaforycznie. Trafiam na SOR z bardzo wysokim
ciśnieniem i to już nie jest kwestia wyglądu to jest realne zagrożenie życia. Po raz pierwszy naprawdę się boję.
Nie, nie tego, że nie schudnę, ale tego, że umrę. Uświadamiam sobie, że jeśli nic nie zrobię, konsekwencje będą nieodwracalne i tu nie chodzi o estetykę, o akceptację czy o rozmiar. Chodzi o życie. Zaczynam działać. Trafiam do dietetyka. Waga pokazuje 145 kg. Próbuję wprowadzać zmiany, ale włącza się bunt, wściekłość, perfekcjonizm, rzucam wszystko, wracam, znowu próbuję.

Droga zdrowienia to nie jest prosta linia, to jest ciąg załamań i powrotów. Po jakimś czasie zaczynam rozumieć, że sama dieta i ruch nie wystarczą. To nie jest projekt do zrealizowania silną wolą. To jest choroba, którą trzeba leczyć. Decyduję się na operację bariatryczną. Wtedy jeszcze myślę, że operacja jest porażką, odczuwam wstyd. Przygotowania są trudne, waga stoi a nawet rośnie. Boję się, że nie zostanę
zakwalifikowana, że nawet tu „nie dam rady”. W głowie kołaczą się stare myśli: „jesteś beznadziejna”, „nigdy się nie nauczysz”, „znowu zawaliłaś”.

Przed operacją mam wdrożoną farmakoterapię kontynuuję psychoterapię. Uczę się przyjmować wsparcie, zamiast udowadniać, że poradzę sobie sama.


19 marca 2025 roku przechodzę operację bariatryczną- Gastric Bypass.
I wtedy wydarza się coś, czego się nie spodziewałam.


Przez pierwszy miesiąc czuję euforię. Jakbym była na haju, energia, zachwyt, poczucie, że wszystko jest możliwe. Potem ta fala opadła i zostaję sama ze sobą. No tak, sama ze sobą, czyli z kim ?

Zaczyna się rozmontowywanie tożsamości. Moje ciało przez lata było pancerzem, tarczą, ochroną. Chroniło mnie przed bliskością, przed światem, przed innymi ludźmi.
Kiedy waga zaczęła spadać, czuję się odsłonięta, bez ochrony jakbym stała naga przed sobą, przed SOBĄ, czyli przed kim? Te pytania pojawiały się bardzo często, a ja nie umiałam na nie odpowiedzieć.


To był najtrudniejszy etap. Nie zmiana sposobu jedzenia, nie rekonwalescencja tylko pytanie: kim jestem, jeśli nie jestem już „tą grubą”?

Cały czas uczę się żyć bez mechanizmu obronnego, który towarzyszył mi przez lata,
mierzę się z emocjami, które wcześniej były zagłuszane jedzeniem, kontrolą, obsesją na punkcie wagi. Zdarzały się też momenty załamania, były dni, kiedy żałowałam, były chwile, kiedy chciałam wrócić do starego schematu, bo był znany i bezpieczny. Jednak za każdym razem wracałam nie do perfekcji, ale do procesu. Zrozumiałam, że leczenie otyłości to nie metamorfoza. To długotrwałe przebudowywanie relacji z ciałem, jedzeniem i samą sobą, a nawet poszukiwanie siebie.


Zrozumiałam też jeszcze jedną bardzo ważną rzecz w tej drodze nie możesz być sam/sama.Dlatego stworzyłam Chorzowskie Piątki Bariatryczne – grupy wsparcia dla osób
przed i po operacji. Bo w internecie widziałam dwie skrajności: albo cukrową euforię, albo agresję i rozpacz, a prawda leży pośrodku.
Jestem psycholożką, psychoonkolożką i psychoterapeutką, prowadzę terapie
indywidualne osób przygotowujących się do operacji i w trakcie leczenia, kwalifikuję pacjentów do zabiegów bariatrycznych. Chcę rozwijać wsparcie także dla osób leczących otyłość metodami nieoperacyjnymi.
Jako Rzeczniczka kampanii „Na wagę zdrowia” mówię jasno: otyłość to choroba przewlekła, która dotyka nie tylko ciała, ale też tożsamości, poczucia wartości, relacji, jest pełna wstydu.

Najbardziej jednak niszcząca w tej chorobie jest samotność.


Dlatego dziś moja praca polega nie tylko na edukacji. Polega na tym, by ktoś, kto
siedzi naprzeciwko mnie, nie musiał już mówić: „jestem w tym sam/sama”.
Ta droga trwa, a ja idę nią powoli. 


I w tym czasie, i w tym właśnie miejscu piszę opowieści terapeutyczne. W metaforze i
baśni odnajduję język dla tego, czego nie da się powiedzieć wprost. To pisanie porządkuje mnie, koi i pozwala zobaczyć sens tam, gdzie kiedyś był tylko chaos.